TEKSTY > Pola Dwurnik 

PIĘKNE I PRZERAŻAJĄCE... MIASTA DIAGONALNE

Zgubić się w diagonalnym mieście - i łatwo i trudno. Przemierzając wzrokiem płótna Dwurnika nie sposób zabłądzić, każdy budynek, każdy przesmyk widać jak na dłoni. Gdyby jednak znaleźć się na jednej z diagonalnych ulic... żadnych przeszkód, żadnych ślepych uliczek, a jednak nie sposób nie zabłądzić... Te miasta to same sprzeczności, same paradoksy. Są tak niewiarygodne jak sam człowiek...

Stoję w pracowni i oglądam obrazy. Po chwili spostrzegam, że robię to w jakiś dziwny, nietypowy sposób. Oglądam miasta diagonalne jak scenografię, iluzję rzeczywistości. Mogę jedynie spróbować przebrać się w kostium teatralny, włożyć rękawiczki, maskę i z wysoko podniesioną głową dumnej aktorki wejść na tę przepyszną scenę zgotowaną przez Dwurnika. Mogę u d a w a ć, że mieszkam na jednej z tych tak podobnych do siebie ulic. Mogę zmierzyć się z fantastyczną wizją Dwurnika, rozglądać się i podziwiać niemalże barokowy przepych poznańskich Winogradów czy warszawskiego Wilanowa... Mogę próbować grać. Ale zrezygnuję z prób otwierania drzwi, z przeskakiwania płotów, z wdrapywania się na okrągłe, złote drzewka. Nie ogląda się dekoracji teatralnej z drugiej strony, lepiej tego nie robić, nie poznawać warsztatowych tajemnic scenografa. Być może przed kimś innym drzwi diagonalnego domu otworzą się i ujrzy wspaniały salon i marmurowe schody... Dla mnie jednak budynki diagonalnych miast to gra barw i kresek. To piękna kompozycja. Wariacje na temat wybranych elementów miasta. Pojawiające się na niektórych obrazach samochody są płaskie i lekkie, jak pomalowana na kolorowo tektura, różowe czołgi wcale nie suną po warszawskim Powiślu, malutkie weneckie gondole zbyt nierealnie unoszą się na gładkiej powierzchni monochromatycznych pasów wody... Tu nic nie jest prawdziwe, to tylko udawanie. Fantasmagoria. Widok Delft Vermeera łagodnie każe mi oddychać świeżym powietrzem cichego miasta, spacerować wzdłuż rzeki i pragnąć dostać się na drugi brzeg. Bernardo Bellotto zaprasza mnie do karety i razem jedziemy na Zamek Królewski pokłonić się królowi. Ulica Umberto Boccioniego wciąga mnie w wir okien, ścian i ulicznych wrzasków, a kobieta stojąca na balkonie odwraca się i uderza mnie w twarz. Diagonalne miasta Dwurnika stoją przede mną niewzruszone i piękne. Zwodzą ornamentem, mamią swą wyuzdaną wprost estetyką. Łudzą nazwą; Płock, Kraków, Amsterdam, Wenecja... Ale to przecież nie te ulice, nie te domy, nie te mosty. One tylko udają, odgrywają rolę. A ja to widzę i tylko się dziwię. Nie daję się oszukać, nawet gdybym chciała. Przyglądam się jak błyszczą, a czasem wkładam kostium teatralny i udaję, że mnie poskromiły, że uwierzyłam. Ale to jedna wielka maskarada!

Dlaczego Dwurnik tak ze mną gra? Dlaczego maluje miasta, które udają miasta? Nie będę go pytać, odpowie -to jest malarstwo, sztuka, nic więcej. Te obrazy są piękne, a piękno jest najważniejsze w sztuce - i tak uważa Dwurnik. Maluje miasta już od ponad trzydziestu lat, sęk w tym, że są one coraz mniej rzeczywiste, że coraz bardziej oddalają się od autentycznego wizerunku malowanych miast, że coraz częściej stają się grą wyobraźni artysty. Przywołać tu można na przykład wielokrotnie malowany przez Dwurnika warszawski Plac Zamkowy z kilkoma kolumnami Zygmunta lub zabudowany absurdalnym, wysokim tarasem widokowym. Pamiętać też trzeba o Błękitnych Miastach, które bardziej przypominają baśń czy sen niż współczesne, jaskrawe i hałaśliwe metropolie.

Miasto diagonalne to nowe wyobrażenie miasta stworzone przez Dwurnika. Nigdy jeszcze artysta nie odszedł od realistycznego przedstawiania miasta tak świadomie i konsekwentnie. Po raz pierwszy stał się całkowicie architektem, ale znając go, tego można było się spodziewać - architektem szalonym. Stworzył swoje miasta według jednej zasady. Zbudował je na jednym, prostym planie - na planie linii diagonalnych.

Książka Magdaleny Tulli Sny i kamienie (wyd. 1995) opisuje powstawanie miasta, które ma być zbudowane na planie kątów prostych, ale z biegiem czasu zaczyna meandrować, rozrastać się chaotycznie i beztrosko, w pośpiechu i bezładzie. Nikt już nie pamięta o zamierzeniach pierwszych budowniczych. I tak dzieje się z każdym miastem, w każdym zakątku świata. Ludzka natura nie respektuje praw idealnego porządku i symetrii, a to właśnie ludzie budują miasta. A tu nagle pojawia się Dwurnik i pokazuje swoje obrazy. A tam... żadnych zawirowań, żadnych zawikłań, żadnych zakłóceń; diagonalnie uporządkowane linie ulic równo biegną w dal, jednostajnie, nieprzerwanie, w tym samym rytmie; nie rosną nagle jak niewiarygodny Drohobycz Schulza, nie mienią się znaczeniami jak Dublin Joyce'a, nie stają się labiryntem, po którym błąkał się Józef K. Posłuszne twórcy planu, przerażająco posłuszne. Zawzięcie i wytrwale, niezmiennie takie same. W tym momencie nie są to już piękne, wizjonerskie weduty. To natrętnie powracający, w nieskończoność powtarzający się, dręczący układ. Tu nie ma miejsca na postój, na odpoczynek, nie można odetchnąć. Obrazy zaczynają mnie męczyć, atakować, drażnić i razić; ten diabelski wyczyn - jaskrawa, intensywna monotonia nie daje chwili spokoju, nie daje czasu na obronę, kwadratowe domki krakowskich Mistrzejowic ciągną się w nieskończoność, żaden fragment obrazu nie daje nadziei na istnienie gdzieś dalej, chociażby poza płótnem zmiany planu.

Co za koncept, co za wyrachowanie, co za bezwzględność! Architekt Dwurnik niepokoi mnie i przeraża bardziej niż le Corbusier, bardziej niż twórcy Pałacu Kultury, a może nawet bardziej niż wzniesione przez Orwella w powieści Rok 1984 utopijno-upiorne gmachy Londynu. Diagonalne miasta Dwurnika to konkretny, prosty plan i żelazna konsekwencja, z którą go zrealizowano. (Cóż to za szatański pomysł, aby St. Gallen, Śródborów i na przykład Białogard wyglądały niemalże tak samo!) Nie ma tu człowieka. Jego niedoskonałej, niekonsekwentnej, wątłej sylwetki.

Czy ma się zatem okazać, że tak idealnie zaplanowana i uporządkowana przestrzeń jest nie dla ludzi? Czy jest aż tak zimna i pusta, aż tak doskonała i aż tak mała, że nie może pomieścić ludzkiej duszy? Czy mam tak myśleć? Czy takie było zamierzenie Dwurnika?

- Dlaczego na tych obrazach nie ma ludzi? - pytam artystę. - Nie ma dla nich miejsca, ulice są zbyt wąskie...
Tak, architektura zdominowała przestrzeń, nie ma tu miejsca na opowiadanie, na narrację. Nie ma miłego skwerku, rynku, parku, miejsca spotkań, spacerów, miejsca, w którym można się umówić, miejsca na kryjówkę, na pocałunek, miejsca, w którym można pisać wiersze, komponować muzykę. Koncepcja jest jasna, architekt nie miał wątpliwości; to nie jest przestrzeń dla ludzi...

Można zauważyć, że układ powtarzających się na każdym obrazie, symetrycznych sekwencji, zmierza ku abstrakcji. Bryły budynków, drzew, kształty lamp, ogrodów, pasma ulic są jednak czytelne, tak więc, według definicji nie jest to abstrakcja. Ale jeśli to miasto nie jest przeznaczone dla człowieka, jeżeli istnieje samo dla siebie, pozbawione zostaje znaczeń związanych z rolą, którą zawsze odgrywało i staje się abstrakcyjną wizją, fantastycznym tworem, snem, widmem.

A może jeszcze inaczej - może marzenie o harmonii?
Chaos, bałagan, pośpiech, otaczają nas ze wszystkich stron. Uzależnionych od pieniędzy, wiernych tylko internetowi. Zgiełk i pchanie się naprzód, byle jak, aby tylko dalej, aby więcej, aby postęp, ciągłe zmiany, cywilizacja... A diagonalne miasta Dwurnika trwają. W ciszy i spokoju. W niezmienionej formie. Stworzone z pietyzmem i precyzją. Konsekwentnie i dumnie. Piękno i harmonia. Przystań, do której można zawsze wrócić. Czy nie taka jest rola sztuki?

Miasta diagonalne; piękne i nieludzkie, doskonałe i przerażające. Teatralna dekoracja, maskarada, fantasmagoria, utopia, pustka, ratunek, ocalenie... i ileż więcej najróżniejszych tropów! Jeszcze długo mogłabym pisać, ale po co? Za dużo egzaltacji, za wiele słów. Wystarczy popatrzeć. To jest malarstwo...

Pola Dwurnik

("Edward Dwurnik. Miasta Diagonalne.", Płocka Galeria Sztuki, 1998)